"Mt Blanc - choroba wysokościowa"

mtblanc_francja (4)
Młody człowiek, gdy wychowuje się pośród różnego rodzaju napaleńców, idealistów i ekstremalistów, nabywa nietypowych zachowań i marzy o przygodach obcych zwykłemu zjadaczowi chleba. Mieszkając pod Tatrami, chodząc do szkoły w Kościelisku, a następnie w Zakopanem nie można nie wciągnąć się w „górskie klimaty”. Ja też uległem tej bezwzględnie ciekawej metodzie na życie. W czasach szkolnych wiele chodziłem po Tatrach. Gdy to co za oknem stawało się zbyt znajome, sięgałem po inne pasma górskie: Karpaty Wschodnie, Fatra, Alpy, Dolomity. Pewnego razu wraz ze znajomymi porwałem się na Mt Blanc. Wyprawa nie dotarła na szczyt ze względu na załamanie warunków pogodowych i złe przygotowanie.
Później długie lata planowałem powrócić na tę górę, ale ciągle coś mi przeszkadzało. Na półmetku studiów w Wojskowej Akademii Medycznej, gdy mój młodszy brat był już na tyle dorosły, że stał się dla mnie partnerem w górach, wyruszyliśmy razem, by nareszcie pokonać Mt Blanc.
Z Zakopanego wyruszyliśmy wczesnym rankiem. Doba podróży samochodem wystarczyła, by stanąć w Chamonix (ok. 1000 m. n.p.m. – podobnie jak Zakopane). Nie myśląc wiele wjechaliśmy kolejką na Bellevue (1600 m. n.p.m. – wysokość Giewontu). Stąd szybkim marszem wspięliśmy się przez de Tete Rouge (3167 m n.p.m.) na lodowiec przy schronisku Hautte du Gouter (ok. 4000m n.p.m.). Tu zaplanowaliśmy nocleg jak większość wędrujących tym szlakiem.
Pierwsze objawy przekroczenia niespotykanej dla nas granicy wysokości pojawiły się nieco powyżej Tete Rouge. Lekceważyliśmy je, bo cóż tam jakaś zadyszka, lekkie osłabienie i nudności. Jesteśmy z Kościeliska. Jesteśmy z gór. Nie ma szans aby choroba wysokościowa zrobiła nam jakąś krzywdę. Wspinanie się skalną grzędą w stronę Gouter’a kosztowało nas wiele wysiłku. Bliskie pionu nachylenie drogi powodowało szybkie osiąganie wysokości. Nogi stawały się cięższe, każdy kolejny krok coraz krótszy, a oddech niewystarczający by zaspokoić zapotrzebowanie na tlen. Pierwsze dolegliwości żołądkowo-jelitowe rozpoczęły się blisko wysokości 4 tys. m.n.p.m. Delikatne przelewania i kolki jelitowe wraz z wysokością stawały się coraz bardziej uciążliwe. Z czasem rozpoczęły się nudności. O apetycie można było zapomnieć, nie mówiąc, że mieliśmy trudności z przełykaniem czekolady i płynów.
Pierwszego dnia wędrówki dolegliwości były uciążliwe, ale dało się nad nimi zapanować. Po rozbiciu biwaku w śniegu wmusiliśmy w siebie niewielki posiłek. Mimo zmęczenia pojawiły się kłopoty z zaśnięciem. Wejście do śpiwora, czy przekręcanie się z boku na bok powodowało zadyszkę i nudności. Ponad to wcale nie było za ciepło.
Około godziny 1.00 w nocy uznaliśmy, że nie warto męczyć się w śpiworze, lepiej szykować się do ataku szczytowego. Po opuszczeniu namiotu okazało się, że nie jesteśmy jedyni, którzy tak myślą. Pierwsze ekipy też już nie spały. Być może i im dokuczała wysokość.
mtblanc_francja (30)
Szybkie przygotowania i wymarsz. Przed nami ciągnęły połyskujące światłami latarek sznury alpinistów. Zabezpieczeni liną, uzbrojeni w raki i czekany, krok za krokiem ruszyliśmy w stronę najbliższego majaczącego w ciemnościach masywu. Dome du Gouter był zaledwie pierwszym progiem trudności do pokonania.
Mimo wczesnej pory wyjścia drogi ubywało powoli. Przy blaszanym schronie Vallot’a stanęliśmy ok. 6.00. Do szczytu pozostało jeszcze kilkaset metrów wspinaczki. Brakowało mi sił. Chciałem zawrócić. Było mi niedobrze, czułem się słaby i bolała mnie głowa. Na jedzenie i picie podsuwane mi przez brata nie mogłem patrzeć. Brat mimo, że też nie czuł się najlepiej, był w lepszej formie. Dał mi prawie godzinę wypoczynku pracując przez ten czas nad moją „psyche”. Gdy odpocząłem (ani trochę nie czułem się lepiej) i odzyskałem motywację, ruszyliśmy dalej. Ostatnie 500 metrów przewyższenia było katorgą. Pokonanie tego odcinka zabrało nam prawie 3 godziny. Na szczycie stanęliśmy około godziny 10.00. Byłem wyczerpany. Zjedzenie kilku kawałków czekolady i wypicie herbaty stanowiło dla mnie wysiłek. Prawie nie miałem siły nacisnąć na spust migawki aparatu. Brat trzymał się lepiej, ale też było po nim widać wpływ wysokości.
Na szczęście dla nas pogoda była stabilna pomimo silnego wiatru. Okazało się bowiem, że powrót wcale nie należy do najłatwiejszych. Mt. Blanc nie jest górą, z której można by zjechać na worku, chociaż tak wstępnie planowaliśmy. Niskie ciśnienie tlenu, tak samo jak przy podejściu, powodowało ogólną słabość i inne nieprzyjemne objawy.
Do namiotu dotarliśmy po południu. Uznaliśmy, że należy jak najszybciej zejść do doliny, aby pozwiedzać okolice Chamonix i pojechać w głąb Francji. Każdy kolejny krok w dół powodował powrót sił i lepszego samopoczucia. Jeszcze tego samego dnia stanęliśmy przy samochodzie (od szczytu do doliny jest ok. 3800 m deniwelacji). Dopiero z tej perspektywy byliśmy w stanie ocenić realnie skutki działania wysokości. Mimo swojego góralskiego pochodzenia porządnie dostaliśmy w d... od tej alpejskiej górki. CHOROBA WYSOKOŚCIOWA to paskudna rzecz... .

Choroba wysokościowa (choroba górska) definiowana jest jako zespół objawów u osób znajdujących się na dużych wysokościach, wykazujących brak zdolności przystosowawczych lub nadmierną wrażliwość na niedotlenienie wysokościowe. Może przebiegać w sposób ostry lub przewlekły. Powodem jej wystąpienia jest niedobór tlenu transportowanego do narządów drogą krwi. Szczególną wrażliwość wykazuje w tym wypadku mózg i układ nerwowy.
Wraz z wysokością zmniejsza się ciśnienie tlenu (równolegle do zmniejszania się ciśnienia powietrza). Utrudnia to wymianę gazową pomiędzy otoczeniem, a krwią. Aby wypełnić płuca powietrzem trzeba wykonać znacznie większą pracę przeponą i mięśniami klatki piersiowej. Zwiększa to jeszcze zapotrzebowania na tlen. Wytwarza się tzw. mechanizm „błędnego koła”. Przy mniejszych możliwościach przyswajania, zwiększa się zapotrzebowanie na tlen, co powoduje narastanie objawów niewydolności oddechowej.
Jako pierwsze pojawiają się zmęczenie, zadyszka i ogólne osłabienie. Pozostanie na tej wysokości przez 48 – 72 godzin, powinno wystarczyć zdrowemu organizmowi na aklimatyzację, czyli przystosowanie się do warunków zmniejszonej podaży tlenu.
Kontynuując wspinaczkę powodujemy wzmaganie się objawów niedotlenienia. Ból i zawroty głowy oraz nudności świadczą o dalszym narastaniu problemu. Przy wystąpieniu biegunki i wymiotów należy rozważyć kontynuację wspinaczki. Potem może być za późno.
W ostrej postaci choroby wysokościowej dominują objawy psychiczne: zwolnienie procesów myślenia, apatia lub euforia, zmniejszenie krytycyzmu, a także duszność, uczucie ogólnego rozbicia, bóle i zawroty głowy. Jest to stan poprzedzający wystąpienie niebezpiecznych dla życia, czasem nieodwracalnych objawów. Obrzęk mózgu, który może się rozwinąć, w krótkim czasie prowadzi do śmierci jeśli nie zostanie wdrożone specjalistyczne leczenie. Problem w tym, że już we wczesnych etapach choroby rozwija się zmniejszenie krytycyzmu i spowolnienie myślenia, więc łatwo przegapić krytyczny moment. Idąc w góry trzeba pomyśleć wcześniej, potem brakuje na to czasu, gdy trzeba działać szybko i konkretnie.

PORADY DOKTORKA

Objawy choroby wysokościowej:
- osłabienie
- zadyszka
- czerwone lub czarne plamki przed oczami
- apatia lub euforia
- spowolnienie myślenia
- brak samokrytycyzmu
- zaburzenia koordynacji ruchowej
- zawroty głowy
- bóle głowy
- omdlenie
- zaburzenia oddychania i krążenia – rozwijający się obrzęk mózgu

Zasady zapobiegania:
- właściwe wytrenowanie!!!
- nie wyruszaj w trudną trasę samotnie
- kontroluj własne reakcje na wysokość, jeśli czujesz, że coś jest nie tak informuj o tym współtowarzyszy i proś by cię obserwowali
- pamiętaj o zaopatrzeniu w płyny i prowiant adekwatnie do planowanego wysiłku
- stale uzupełniaj zapotrzebowanie na substancje energetyczne (po pierwszej godzinie wysiłku, co 20 - 30 min zjedz około 40 – 50 g węglowodanów)
- uzupełniaj płyny najlepiej z zawartością węglowodanów i soli mineralnych (ok. 50 – 100 ml co 10 – 15 min)
- bądź przygotowany na dłuższy postój lub biwak nocny gdybyś źle obliczył swoje siły
blog comments powered by Disqus