„Lekcja pokory” – Mt. Bianco 2004

Czym są Alpy dla nas mieszkańców Kościeliska i Zakopanego, jak li tylko nieco wyższymi Tatrami. To samo fałdowanie, podobna roślinność, zbliżona charakterystyka geologiczna, jedynie wysokości nieco różne i dodatek w postaci lodowców. Niewiele różnic, a zatem do czego się przygotowywać. W Tatrach czujemy się jak w domu, więc wyjazd w Alpy to jak pójście na strych, czy do większego pokoju.
Sześć osób, dwa samochody, sprzęt wspinaczkowy, zapas prowiantu, namioty i sprzęt do biwakowania w górach.
Dojazd do podnóża góry, mimo iż długi, minął nam szybko i treściwie. Jechaliśmy niemal dobę, z krótkim postojem na kilka godzin snu w okolicach Mediolanu. W czasie drogi czytaliśmy opowiadania o wejściach na szczyt uzyskane z zasobów internetowych. Wielka różnorodność doświadczeń bohaterów opowieści bawiła nas do łez, to znów przyprawiała o dreszcz przerażenia wobec ignorancji i arogancji alpinistów. Zbliżając się do celu naszej jazdy, przypomnieliśmy sobie opis drogi, potrzebnego sprzętu i niebezpieczeństw, z przewodnika po Alpach Pana Babicza. W ten sposób przygotowani teoretycznie z optymizmem (nie wiem, czy nie nazbyt wielkim), patrzyliśmy na nasze przyszłe dokonania alpejskie.
Włochy przywitały nas słońcem, ale meteorolodzy nie dawali gwarancji na stabilność pogody. Twierdzili wręcz, że w najbliższych dniach pogoda będzie zmienna z tendencją do opadów, burz i znacznego zachmurzenia. Taki scenariusz komplikował naszą sytuację. Trudno jednak przestraszyć górala. Całe życie chodzimy po skalistej ziemi, więc nie dziwne nam deszcz, śnieg i mróz. Co tam prognozy! Monte Bianco czeka!
Jeszcze tego samego dnia byliśmy na szlaku. Po przekroczeniu moreny czołowej lodowca otworzyła się przed nami szeroka panorama na dolinę lodowcową. Stąd rozpoczynała się nasza wspinaczka. Stromą ścieżką wspinaliśmy się na morenę boczną lodowca Miage. Był on pokryty na niemal całej długości grubą warstwą skał i kamieni. To efekt jego niszczycielskiej działalności. Efekt zetknięcia się skały z wodą przy akompaniamencie mrozu.
Szło się trudno. Nie było wyznaczonego szlaku. Lodowiec wciąż się przemieszcza i otwiera nowe przepastne szczeliny, niszcząc dotychczasowe ścieżki. Ogromne, bazowe plecaki nie pozwalały o sobie zapomnieć. Szelki wgryzały się w ramiona.
Zagłębiając się w dolinę wstępowaliśmy w nowy, odległy świat. Czarne, pionowe ściany górskich olbrzymów z obu stron zamykały brzegi wąskiej, alpejskiej doliny. Ich ponurość i niedostępność przytłaczała. Nieustanny szum potoków roztrzaskujących się po skałach białymi kaskadami mieszał się z łoskotem sypiących się głazów, wymywanych potęgą wody. Brnęliśmy pośród narzutowych głazów obserwując jak za naszymi plecami, kolejny alpejski kolos zamyka widnokrąg i odbiera drogę promieniom słonecznym. Robiło się coraz ciemniej. Było zaledwie późne popołudnie, a mieliśmy wrażenie jakbyśmy weszli do krainy nocy. Budziły się w nas wrażenia pełne grozy, zupełnie jak z trylogii Tolkiena o losach Frodo Bagginsa. Lodowiec Miage przypominał mroczne tereny u podnóża Mordoru. Nasz szczyt zdawał się być w tej chwili równie niedostępny i przerażający. Pionowa, czarna skała nad naszymi głowami ginęła w ciężkich, burzowych chmurach, skrywając wierzchołek Monte Bianco.
ecr (53)
Pomimo całej swojej ponurości nie można pozbyć się wrażenia, że wszystko wokół nas żyło, a nasza obecność w tym miejscu była zupełnie bez znaczenia. Byliśmy tylko niewielkimi, kolorowymi plamkami na tle ponurego dzieła.
Niby uśpione, górskie olbrzymy wciąż sączyły ze swych zboczy kaskady wody wyrzucając na lodowiec tony skał. Lód pod naszymi stopami nieustannie jęczał i stękał bezustannie pracując i posuwając swoje cielsko wzdłuż doliny.
Wędrowaliśmy przez tę ponurą dolinę, a drogi wciąż nie ubywało. Wskazówki zegara szybko odbierały nam nadzieję na dotarcie do wyznaczonego na dzień dzisiejszy celu. Chmury schodziły coraz niżej i gęstniały. Od czasu do czasu, spadał na nas prysznic drobnych kropli odbierając resztki nadziei.
Około godziny osiemnastej stanęliśmy u podnóża skał. Dalej ścieżka schodziła z lodowca, bo ten stawał się bardzo niebezpieczny (ze względu na obfitość szczelin), i drogą wspinaczkową podchodziła pod schron Gonella. W gęstniejącym mroku widzieliśmy ciemną sylwetkę budynku wysoko nad naszymi głowami. Wydawał się niczym gniazdo jaskółcze uczepione ściany, niedostępne dla stworzeń pozbawionych skrzydeł. Skała mokra od wciąż wzmagającego się deszczu, mrok coraz gęściejszy, czas uciekał, ścieżka zupełnie dla nas obca, zagubiona pośród skał. Nie mieliśmy dość odwagi, by kontynuować w tych warunkach wspinaczkę. Zapadła decyzja o rozbiciu obozu na lodowcu. Warunki bardzo niedogodne. Z pewnością na tak kamienistym i nierównym podłożu, nie ma co liczyć na dobry sen. Na domiar złego zerwał się silny wiatr, deszcz przeszedł w ulewę, temperatura gwałtownie spadła w dół, a łoskot spadających głazów z otaczających grani przyprawiał o szybsze bicie serca.
Gdy zmęczeni zapadaliśmy w śpiwory, chronieni wodoodpornym materiałem namiotu, na zewnątrz rozgrywała się wojna żywiołów. Gdyby nie ochrona jaką dawał nam pobliski głaz, noc mogłaby wyglądać podobnie jak kiedyś pod Elbrusem, gdy wichura połamała nam namioty... .
O godzinie pierwszej w nocy wyrwał mnie ze snu głos budzika. Zaplanowaliśmy na ten czas wyjście na szlak, gdyby nastąpiła znacząca poprawa pogody. Nie nastąpiła. Szum deszczu na namiocie i świst wiatru udzieliły szybkiej odpowiedzi. Śpimy do ósmej.
Gdy rano opuszczaliśmy namioty, przez chwilę wydawało się jakby pogoda zmierzała ku lepszemu. Od czasu do czasu, między ciężkimi ołowianymi chmurami prześwitywało błękitne niebo. Postanowiliśmy spróbować podejść do schroniska. Sprzęt pozostawiliśmy w namiotach. W dniu dzisiejszym ta część Alp była zupełnie bezludna.
Gdy byliśmy ubrani i spięci liną, zaczęła się potężna ulewa. Zdeterminowani ruszyliśmy w kierunku skał. Na odsłoniętym terenie dopadł nas wiatr. Deszcz zacinał zupełnie poziomo z każdego kierunku świata. W kilka minut byliśmy zupełnie mokrzy. Miałem najgorsze buty, więc jako pierwszy nabrałem do nich pełno wody. Inni dołączyli do mnie z upływem czasu.
Lina stawała się coraz cięższa. Buty ślizgały się po mokrym lodzie. Co kawałek przekraczaliśmy potoki deszczówki drążące własne koryta w lodowcu. Nikt nie chciał się poddać.

ecr (16)

W butach bulgotała ciepła woda, po plecach płynęły stróżki wody. Nie wiem czy to pot, czy deszczówka. Na łokciach, w rękawach zbierała mi się woda. Na szczęście nie było mrozu. Wiem jednak, że tym razem góry i pogoda pokonały nas zanim zaczęły się prawdziwe trudności.
Ostatecznie podjęliśmy decyzję o powrocie. Wracaliśmy w tym samym szyku, tylko w znacznie gorszych humorach. Strumienie wody zdążyły zamienić się w rzeki i musieliśmy kluczyć między nimi szukając bezpiecznych przejść. Łoskot spadających kamieni stał się nieprzerwany.
Do samochodów dotarliśmy popołudniem. Szybko przepakowaliśmy mokry sprzęt i sprawdziwszy prognozy pogody zmieniliśmy masyw górski.
Mimo, że pojechaliśmy możliwie najdalej na południe Alp, gdzie zapowiadano dobrą pogodę, fatum powędrowało za nami. Po nocnym spoczynku w obozie na trzech tysiącach planowaliśmy wejście na Barre du Ecrins (4150 m.n.p.m.). Niestety plany pokrzyżował nam śnieg, mgła i huraganowy wiatr, który zerwał się nad ranem.
Zdeterminowani postanowiliśmy walczyć do końca i wróciwszy pod Mt. Blanc, tak długo tam pozostać, aż nie uda nam się osiągnąć celu.
28 sierpnia stanęliśmy w Les Houches. Spakowaliśmy sporo jedzenia i cały potrzebny sprzęt, aby móc spokojnie biwakować na lodowcu i ruszyliśmy w górę. Wraz z upływem czasu i przyrostem wysokości, ubywało nam sił. Powyżej schroniska Tete Rouse (3150 m.n.p.m.) zaczęliśmy odczuwać pierwsze objawy wysokości. Skrócenie oddechu, szybsza męczliwość, osłabienie. Zapas wody szybko się kurczył i zanim weszliśmy na lodowiec nie mieliśmy nic do picia.
Znaleźliśmy się na wysokości 3800 m.n.p.m. Byliśmy dobrze zaaklimatyzowani do wysokości (tak nam się wydawało), dzięki nieudanym atakom dni poprzednich.
Pogodny dzień zbliżał się ku końcowi. Krąg słoneczny ginął powoli za horyzontem rozsiewając wielobarwne łuny, liżąc ostatnimi promieniami najwyższe szczyty. Temperatura obniżała się gwałtownie. Nie było na co czekać. Schowaliśmy się do namiotów. Tam osłonięci od wiatru, mogliśmy spokojnie przebierać się bez narażenia na znaczną utratę ciepła. Od teraz każda oszczędzona kaloria liczyła się na naszą korzyść. Apetyt na tej wysokości jest nader rzadkim zjawiskiem. Myśląc o jedzeniu mieliśmy raczej zupełnie odwrotne reakcje.
Wyrwany ze snu poruszeniem u sąsiadów podjąłem decyzję o wcześniejszym wyjściu. Nie ma jednak co się męczyć tu na miejscu. Lepiej zużyć tę energię na wspinaczkę. Patrząc na zegarek dochodzę do wniosku, że mamy szansę zobaczyć ze szczytu wschód słońca. Jest północ.
Stanowiliśmy trzeci zespół na ścieżce. Za nami byo ich jeszcze kilkanaście. Na pierwszym podejściu uzyskaliśmy najlepsze tempo i wysunęliśmy się na czoło stawki. Kusiła myśl, by stanąć na szczycie jako pierwsi w dniu dzisiejszym. Rozsądek jednak podpowiadał, że nie warto. Byłoby to jeszcze ciemną nocą. Ominęłyby nas niezwykle ciekawe widoki. Zrezygnowaliśmy z rywalizacji o palmę pierwszeństwa na rzecz odpoczynku w schronie Vallota (4200m.n.p.m.).
Stąd pozostało zaledwie pięćset metrów podejścia. Z doświadczenia wiem, że jest to najtrudniejsze pięćset metrów w drodze na szczyt.
Po wyjściu z Vallota włączyliśmy się w masowy exodus w kierunku szczytu. Było zimno. Zerwał się wiatr. Wąska lodowa grań była zmrożona i raki miejscami miały problem z utrzymaniem ciężarów naszych ciał.
Ostatni odcinek pokonaliśmy mozolnie, powoli, utrzymując tempo jednostajne. Mijaliśmy po drodze tych, co nie dawali rady. Przy ścieżce klęczał śmiertelnie zmęczony człowiek. Nad nim pochylona sylwetka partnera. Chyba nie wejdą wyżej, a do szczytu zostało zaledwie 300 metrów przewyższenia. Co kilkanaście kroków robiliśmy niewielki przystanek i głęboko oddychaliśmy. W ten sposób próbowaliśmy wyrównać niedobory tlenu w organizmie.
Zbliżaliśmy się do szczytu. Oddałem prowadzenie najmłodszemu w naszej ekipie – Marcinowi. Wiem, że chciał nas wprowadzić na szczyt. Wprowadził. Dookoła świat zaczynał jaśnieć i wypełniać się barwami poranka. Z mroku nocy coraz wyraźniej wyłaniały się sylwetki alpinistów. Bladły światła latarek. Na wschodzie jaśniała tęcza kolorów wróżąc zbliżający się wschód słońca.
Ostatnie kilkanaście metrów pokonaliśmy zupełnie zapominając o dolegliwościach. We krwi krążyła czysta adrenalina. Udało się. Tyle prób, tyle wyrzeczeń, tyle walki, ale udało się. Jesteśmy na dachu Europy. Przez chwilę najwyżsi, przez chwilę widzący najdalej.
Na szczycie Mont Blanc stanęliśmy równo ze wschodem słońca. Była 7.48. Z zapartym tchem obserwowaliśmy powoli wyłaniający się zza widnokręgu pomarańczowy krążek słońca. Jego promienie mimo, że jeszcze zimne, swoim blaskiem dodawały sił i radowały duszę.
Gdzie nie spojrzeć góry i wszystkie niższe. Igła Południa, tak dumnie górująca nad Chamonix z tej perspektywy malowała się znacznie mniej atrakcyjnie. Jej wierzchołek leży tysiąc metrów pod nami.
Nadchodzi czas na herbatę, czekoladę szczytową, zdjęcie z polską flagą i wzajemne gratulacje.
Udało się. Po raz kolejny pokonaliśmy milion swoich słabości i czasem wbrew rozsądkowi i przyrodzie wdarliśmy się na osławiony szczyt Europy. Jeszcze nie myślimy o długim i żmudnym schodzeniu. Wiem jednak, że wejście na szczyt nie jest końcem wysiłku. Schodzenie jest dopełnieniem i ostatecznym wyzwaniem dla przemęczonego organizmu. Dopiero teraz okaże się na co nas tak naprawdę stać. Dopiero teraz rozpocznie się prawdziwa, kilkugodzinna walka z niedotlenieniem, odwodnieniem i hipoglikemią. Dopiero teraz okaże się, kto ma naprawdę mocną psychę... .


Problemy, z którymi zetknęliśmy się podczas zdobywania Mt. Blanc należy zaliczyć do co najmniej trzech kategorii. Nasza fizjologia została zaburzona na trzech poziomach, czego efektem były: niedotlenienie (hipoksja), odwodnienie (hipowolemia) i niedobór glukozy (hipoglikemia).
Po raz kolejny przekonaliśmy się, że najważniejsze, to dobre przygotowanie i właściwe zaplanowanie wspinaczki. „Więcej potu na poligonie, mniej krwi w boju...”.
Powyższa sentencja nabiera niezwykle realnych kształtów w odniesieniu do sportów ekstremalnych i maksymalnych wysiłków fizycznych.
Jak zatem przygotować się do wyjścia w wysokie góry?

1. WYSOKOŚĆ
Uważa się, że wystąpienie choroby wysokościowej nie zależy od stopnia wytrenowania. Wpływ na to mają jedynie czynniki genetyczne oraz ewentualna aklimatyzacja. Z moich obserwacji wynika, że im organizm lepiej wytrenowany i bardziej „doświadczony” w radzeniu sobie z wysiłkiem fizycznym, tym łatwiej walczyć mu z objawami wysokości oraz tym szybciej podlega aklimatyzacji.
Objawy związane z wysokością (objawy niedotlenienia):
- ból głowy
- zawroty głowy
- osłabienie
- łatwa męczliwość
- brak samokrytycyzmu
- apatia lub euforia
- plamki przed oczami
- zadyszka
- spłycenie oddechu
- nudności
- wymioty
- biegunka
(u pewnego procenta ludzi nie zaaklimatyzowanych do wysokości może dochodzić do sytuacji zagrażających życiu – już powyżej 2500 m.n.p.m., u niewielkiego odsetka ludzi może dochodzić do HAPE (wysokościowy obrzęk płuc) lub HACE (wysokościowy obrzęk mózgu).
Jedyne skuteczne leczenie w każdej postaci choroby wysokościowej, to szybkie zejście na mniejszą wysokość oraz zapewnienie podstawowych czynności życiowych.

2. ODWODNIENIE
W profilaktyce i leczeniu objawów związanych z wysokością proponuje się leki moczopędne z grupy Acetazolamidu. Ma to mieć wpływ na chemo- i baroreceptory i tym samym powodować poprawę wentylacji, a więc zmniejszać hipoksję. Należy jednak pamiętać, że osoby przebywające na dużych wysokościach, często stają się ofiarami odwodnienia. Zarówno z powodu zbyt małej ilości zabranych płynów, jak również z powodu zaburzonego pragnienia. Wówczas podanie leku moczopędnego może nasilić dolegliwości i być powodem zagrożenia życia.
Bezpieczniejszym rozwiązaniem jest podawanie dostatecznej ilości płynów z solami mineralnymi oraz zejście na bezpieczną wysokość. Wówczas objawy niedotlenienia ustępują, a krążenie krwi i pragnienie wracają do normy.

3. HIPOGLIKEMIA
Przy maksymalnych wysiłkach towarzyszących wspinaczce wysokogórskiej należy brać pod uwagę możliwość wystąpienia hipoglikemii. Brak apetytu, a nawet jadłowstręt, które towarzyszą zdobywaniu dużych wysokości, z łatwością prowadzą do zaburzeń procesów energetycznych, stąd ogólne osłabienie, mroczki przed oczami i zawroty głowy, mogą być nie tyle wynikiem niedotlenienia, ile niedocukrzenia. W leczeniu stosuje się słodkie płyny, wysokoenergetyczne substancje (bogate w cukry proste) oraz zaleca się zejście na mniejszą wysokość.

ecr (59)
blog comments powered by Disqus