Sport to zdrowie

Piękny majowy poranek. Słońce nieznacznie ukryte za chmurami, delikatny wiatr z zachodu. Warunki jakby stworzone do zaliczenia egzaminu sprawnościowego. W Akademii Obrony Narodowej melduje się w wyznaczonym terminie blisko pięćdziesiąt osób, w tym silna, kilkunastoosobowa grupa lekarzy z Wojskowego Instytutu Medycznego. Medycy wyraźnie wyróżniają się na tle grupy. Wesołość i skłonność do dowcipów mogłyby sugerować dobre przygotowanie sportowe lub też dobrą minę do nieco gorszej gry...
Nastawienie przed rozpoczęciem ćwiczeń i morale, są jak najlepsze. Jednak już na wstępie pojawiają się komplikacje. Jeden z kolegów nie zostaje dopuszczony z powodu wysokiego ciśnienia tętniczego krwi. Nie wystarczą zapewnienia, że to „zespół białego fartucha”, czyli reakcja emocjonalna na pomiar wykonywany przez personel medyczny. Innemu może by i uwierzono, lekarz nie wydaje się wiarygodny twierdząc, że reaguje na biały kitel.
Ekipa lekarska wchodzi do szatni. Z przepełnionych toreb wysypują się red bulle, wody mineralne, isostary i inne płyny izotoniczne. Z bocznych kieszeni wystają pojemniki z syropami i opakowania leków zawierających w składzie efedrynę. Mimo, że nikt nie używa dopingu, wyposażenie dobrze świadczy o wiedzy medycznej i przygotowaniu do egzaminu. Przecież zawsze można powiedzieć, że to z powodu kataru...
Ubrania wierzchnie idą na wieszaki. Zanim pojawią się stroje sportowe, nota bene albo zupełnie nowe, albo wyglądające na rzadko używane, można napawać oko pełnymi kształtami oficerskich brzuchów, dotychczas skrzętnie skrywanych pod ubraniami i mocno zaciśniętymi pasami. Mimo wszystko morale wciąż jak najlepsze. Grupowo zbliżamy się do przyrządu. Ze względów pragmatycznych rozpoczynamy od drążka gimnastycznego. Nie ma tu nikogo ćwiczącego. Zdaje się, że zaliczenie, bądź też niezaliczenie, przebiega tutaj bardzo szybko. Szybko przekonujemy się, że to prawda. Na pierwszy ogień idą lekarze, których siła mięśni jest w stanie pokonać przyciąganie własnego ciała do ziemi kilka razy. Zaliczają egzamin na ocenę bardzo dobrą. Kolejni zawodnicy sięgają po kolejne coraz niższe stopnie. Średnia zaliczeń jest zaskakująco wysoka.
Jako kolejny wyzwanie lekarze podejmują zaliczenie z biegu wahadłowego (10x10). Tutaj wygrywają ci, którzy grają mniej lub bardziej systematycznie w piłkę nożną. Technika, podobnie jak na drążku, może pomóc w zaliczeniu, jednak coraz bardziej okazuje się, że szybkość i wytrzymałość mięśni są konieczne. Piątek jest niewiele. Ci, którzy uzyskują oceny niedostateczne podejmują zakulisowe dysputy o konieczności rozróżnienia oficera-lekarza od oficera i określenie oddzielnych kryteriów dla tych ostatnich. Rozmowy te zupełnie nie robią wrażenia na instruktorach. Nie pozostaje nic innego jak kontynuowanie zaliczania.
Wykonanie określonej normą liczby „brzuszków” w ciągu dwóch minut, nie powinno stanowić wyzwania ponad siły przeciętnie wysportowanego żołnierza zawodowego. Kryteria wykonywania ćwiczenia pozwalają na wykorzystanie umiejętności technicznych, przez tych, którym brak siły. Mimo tego, mięśnie oficerskie, niewiele mające wspólnego z normalnymi, nie dość, że nie ułatwiają wykonania ćwiczenia, to dodatkowo przeszkadzają. Wśród lekarzy słychać rozmowy o proponowanych technikach wykonywania skłonów z umieszczeniem obwisłego brzucha między kolanami, żeby nie stawiał zbyt dużego oporu.
Właściwie nie ma problemu z zaliczeniem tej sprawności. Dwie minuty to dużo czasu. Pozostaje jeszcze kwestia zakwasów utrzymujących się przez następny tydzień, przypominających, że picie piwa nie jest treningiem wytrzymałościowym, nie dla mięśni.
Zbliża się moment kulminacyjny, wyczekiwany przez wszystkich. Bieg na dystansie trzech tysięcy metrów. Żeby przebiec taki dystans można nigdy nie trenować biegów. Jednak przebiec, a zaliczyć, to nie to samo. Określone limity czasowe wymagają nieco zaangażowania. Spośród pięćdziesięcioosobowej grupy startujących, co najmniej połowa nie ma problemu z wykonaniem zadania. Wśród czołówki biegowej znamienną grupę stanowią lekarze, w tym przede wszystkim kardiolodzy. Na drugiej pozycji do mety dociera adiunkt kliniki kardiologii. Pozostali lekarze kończą bieg ze zmiennym szczęściem. Nie wszyscy na tarczy. Do poprawki trzeba będzie trochę potrenować. Motywacja jest silna.
Wśród lekarzy przystępujących do egzaminu sprawnościowego dominuje pogląd, że jest to zjawisko potrzebne. Bez silnej motywacji zewnętrznej łatwo popaść w lenistwo i zaniechać aktywności sportowej. Wraz z zaostrzeniem wymogów zdawania testów sprawnościowych żołnierze, którzy od lat nie wyciągali dresów z szafy, wybiegli na ścieżki zdrowia i ruszyli z wygodnych foteli w teren. Niestety wielu spośród doświadczonej nawet kadry wojskowej postanowiło podejść do egzaminu „z marszu”. Takie lekceważenie wysiłku fizycznego, szczególnie po latach bezczynności, często kończy się poważnymi konsekwencjami. Dobrze jeśli będzie to uraz tkanek miękkich lub nawet złamanie. Gorzej dla zdającego jeśli konsekwencją zdawania egzaminu sprawnościowego po latach bezruchu będzie zawał mięśnia sercowego lub nagły zgon sercowy. Taki scenariusz jest możliwy. Wiemy o tym również z praktyki. Czy zatem można bezpiecznie zdawać egzamin sprawnościowy i jak się do tego przygotować?
Uogólniając można wyznaczyć kilka grup podchodzących do egzaminów. Pierwsza grupa, która nie wymaga komentarza, to osoby systematycznie uprawiające sport. Dla niech zdanie egzaminu stanowi formalność.
Żołnierze, którzy w przeszłości uprawiali aktywnie i systematycznie aktywność fizyczną i zaprzestali tego stanowią kolejną grupę zdających. Ta grupa żołnierzy, jeśli tylko nie doprowadziła do „zapuszczenia się”, tzn. nie uprawia sportu od okresu roku, dwóch i nie dopuściła się otyłości (Body Mass Index do 30), może liczyć na nawet stosunkowo bezpieczne zdanie egzaminu bez przygotowywania się. Zgromadzone w mięśniach zapasy substratów energetycznych powinny wystarczyć na stosunkowo niewielki wysiłek, jakim jest egzamin. Żołnierze, którzy są otyli lub nie uprawiają sportu od wielu lat nie powinni podchodzić do egzaminu bez dobrego przygotowania. Stanowią oni grupę ryzyka wystąpienia niebezpiecznych powikłań do nagłego zgonu sercowego włącznie. Takim osobom zalecałbym odroczenie terminu zdawania egzaminu o kilka miesięcy. Przy ambitnym założeniu istnieje możliwość przygotowania się do egzaminu w ciągu dwóch miesięcy i zdanie go z wynikiem pozytywnym, bez konsekwencji zdrowotnych.
W przypadku żołnierzy nigdy nie uprawiających sportu (zakładam, że takich nie ma, lecz mimo wszystko czysto teoretycznie piszę o tej grupie), szczególnie jeśli wykonują „pracę biurkową”, otyłych lub z nadwagą, obciążonych rodzinnie chorobami układu krążenia, zanim zaproponowałbym trening, skierowałbym na szerokie badania lekarskie pozwalając określić stan zdrowia i wydolność. Posiadając takie dane można rozsądnie zaplanować system treningowy i zakres ćwiczeń. To przede wszystkim gwarancja bezpieczeństwa. Dzięki dobremu zaplanowaniu treningu i przygotowania do tegorocznego egzaminu można nie obawiać się egzaminów w kolejnych latach służby.


P.S. Osobiście chciałbym wyrazić wdzięczność wszystkim, za sprawą których egzamin sprawnościowy posiada obecną formę. Stało się to dla mnie i dla moich kolegów doskonałą motywacją do podnoszenia sprawności fizycznej i wzmożonej troski o zdrowie.
blog comments powered by Disqus